logowanie rejestracja

Wit Stwosz

I. Nocna pora
Jeszcze kur nie zapiał pierwszy.
Knot w glinianej lampie skwierczy.

Cień nad głową mistrza Wita
skalną paprocią zakwita.

Po ulicy wiatr szybuje,
ledwo wykusza nie urwie.

Od Wawelu wieje śniegiem.
Trwoga potrząsa człowiekiem.

Księżyc jak wisielec wisi.
Wnet w dzwony uderzą mnisi,

sznur ułapią paluszyska:
chwalże Pana, ziemia wszystka,

dzwonem, wszelkim instrumentem
Deum Omnipotentem.

Przez Grodzką leci szalony,
wydaje krakanie wrony,

wronim głosem gwarzy z gwiazdką,
zaraz miejska schwyci straż go.

Bokiem od Mariackiej Wieży
na powietrzu diabeł bieży,

gramoli się do księżyca.
Za węgłem stoi złoczyńca.

Przed gospodą w żółtych butach
leży beznosy hultaj,

ciężko dyszy, może kona,
przy nim latarka stłuczona.

śnieg po Krakowie hula,
leci, leci a leci.
Ciemno u biskupa i króla.
Ciemno na całym świecie.

Ciężka jest chwila przed brzaskiem.
Ciężko rodzi się świt.
W okno bite wichru wrzaskiem
patrzy Wit.

Co za noc!
Jaki żal
płynie na grzbiecie nocy jak na fali,
przez te chmury w kształcie gotyckich fial,
ostrołuków, kwiatonów, pinakli!

Noc księżycem jak pochodnią wywija.
W oczach ciemno mi. Jezus Maria!

Lampa moja skwierczy i dogasa.
0, nieszczęsna snycerzowa praca!

Kto mi choć jedną świeczkę zatli
na grobie za wszystkie blaski
moich Zwiastowań i Wniebowstąpień?

i gdzie mój grób? gdzie? w który jak dąb nocą
zwalę się i tylko sowy osierocę?

Tyle zgiełku. Tyle miast i bram.
Farby moje czas jak liście przemieni.
Ołtarz mój - samotny jak ja sam -
o, jesieni moja, jesieni!

Pieniądze? jak ćmy się rozlecą.
Sława? nieraz płakał, kto cię miał.
Przyjaźń? szukaj jej ze świecą
nocą, na wietrze, wśród skał.

Wiatr tylko płomyk ośwista
i zgasi, i czmychnie sobie.
A może właśnie tutaj, w tym Krakowie,
nareszcie moja przystań?

Może tu się nad robotą pochylę
i wszystko z siebie dam - i krew, i trzewia -
i rozzłocę, rozśpiewam moją biblię,
moją biblię z lipowego drzewa -

i zaszczepię burzliwe serce
w wielkich figur spojrzeniach i ruchach.
O, moje życie snycerskie,
łódeczko krucha -

II. Polskie tercyny
Wszystkie instrumenty
nie wyrażą tego,
co w sercu zamknięte:

i flet jest kaleką,
i organ, i arfa
śpiewają nietęgo;

nikt jeszcze nie narwał
wszystkich róż, co płoną
w łodyg kandelabrach;

i sam Dawid pono
nie umiał niekiedy
sprostać trudnym tonom,

a Wirgil "Eneidy"
chciał spalić rulony
i cisnąć do Lety;

ni skrzypce, ni dzwony
nie dźwigną piękności
pagórków zielonych.

Czasem rudy goździk
więcej w swej koronce
ma doskonałości

niźli trąby grzmiące,
niż wszystkie kapele
królów witające.

Niechaj w moim dziele
gustują stolarze,
moi przyjaciele.

Dla nich rzeźbię twarze
i oczy wzniesione
wyżej niż cesarze.

Dla nich, dla prostaczków,
nie trza po omacku
chodzić ciemną miedzą;

oni słyszą nutę,
com nie oddał dłutem,
sercem dopowiedzą.

0, bądź pochwalone,
słońce niezmożone,
słońce, które wracasz -

w tobie nuta moja,
gmerk mój i nadzieja:
tryumfalna praca.

III. Robota
Pracowali śpiewający stolarze
w ogrodzie, nad brzegiem rzeki,
a gdy w zmierzch kończyli stolarze,
zaczynały śpiewać słowiki.

A była to już pora jaśminu,
pora ptaków i pora blasku
i odbity w Wiśle Kraków płynął
jak dziecinne, pozłacane cacko.

Czas upalny był i zielony
i niejeden papieża się nie bał,
i dzwoniły, dzwoniły dzwony
zapraszając biednych do nieba.

Gdy kończyła się noc księżycowa,
do tej szopy nadrzecznej i dużej
znów przychodził mistrz i snycował
włosy, nosy, ręce i uszy,

betlejemskie dziwa i dary,
i kubraki, i szuby na plecach,
piękne wargi podbarwiał Marii,
a łajdaków sromotnie oszpecał;

kładł jabłuszka na złotych talerzach,
wyżej gwiazdki, by świeciły nocą;
sam się dziwił, że tyli świat mieszka
w ordynarnym lipowym klocu.

A tych kwiatów ile nasiał wkoło,
tych konwalii mdlejących z tęsknoty!
a jak oczy podniósł apostołom,
by patrzyły jak na samoloty!

Potem złotem wszystko porozświecał
(choć mu skradli niejedną uncję),
w złoto zadął, aż strach obleciał zamki,
diabły i dęby burgundzkie;

i siepaczów nękanych kiłą
także w drzewie skrzypcowym wykonał,
z księżycowym okiem, że aż miło,
jakbyś patrzał na kamratów Wilona -

jakby obstąpiły cię poczwary,
bazyliszki, trzcina styksowa,
jakbyś zasnął w dzień i ciemny Paryż
ujrzał w oknie zamiast Krakowa.

A tu pośpiech. Jeszcze drzewo Jessego
musi być, i Anna, i Joachim,
jeszcze taniec króla murzyńskiego
i ta księga, i ten baldachim.

Co do króla, to naprawdę nie wiem,
bom nigdy nie oglądał Maura
i te figury z tyłu - o, robak w drzewie
i tych aniołków co niemiara.

I żeby to wszystko wiatr obracał
jak borem ciemnym przed burzą -
a co do aniołków, to jeden rajca
powiedział, że o jednego za dużo.

I gadka już chodzi miastem,
że z wykusza od mistrza Wita
wylatują aniołki pierzaste
z organkami, z lutniami, gdy świta;

i że łeb mu skwierczy jak pochodnia
od owego snycerskiego wysiłku,
i że nawet pewnego przechodnia
mistrz uwiecznił wśród swoich figur.

Tylko jednej figury dla siebie
mistrz nie umiał wyrzeźbić jaskrawej:
kurtyzany z puzonem przy gębie,
swojej doczesnej sławy.

IV. Suplikacje
Piotrze Breughel! Giotto! Dante! Serce Van Eycka!
czworolistna gwiazdo rozświecona,
a przyjmijże do swego grona
mistrza Wita, biednego człowieka.

Oto jego całe bogactwo:
ta drewniana klacz, pies, co nie gryzie.
to jaskółcze ziele, a jest i ptactwo:
sowa, sójka, a i małpka na fryzie.

Niech mu tedy oręduje ta sowa,
ptak Pal1ady z okiem jak zarzewie,
on ją takie pięknie wysnycował
w śpiewodrzewie, w skrzypcowym drzewie;

i ta sójka niech prosi za nim,
byście wzięli go do swej kompanii,
i te drzewiny w Otchłani,
i ten dzbanuszek w Zwiastowaniu.

Wszystkie gwiazdki najczystsze,
też przemówcie za mistrzem:
niech go wezmą w ramiona z ochotą
Breughel Piotr, Dante, Van Eyck i Giotto.

Sowa mówi: Ja, ptaszysko mądre i prorocze,
co oczami świecę w ciemne noce,
z gałązki schodzę i proszę,
byście mistrza przyjęli w swój poczet.

V. Mistrz kochał ulice.
I na mnie popatrzał,
kiedym żebrał w bramie;
i na nas, na cacka
rozłożone w kramie;

i do mnie zagadał,
kamiennego pawia,
tu stał, gdzie ta krata,
i ze mną rozmawiał;

potem w prawo skręcił,
o, tam, gdzie to okno;
a mnie, ten bukiecik,
swoją ręką dotknął.

Potem poszedł dalej
śladem tych warkoczy
i zgubił konwalię,
złotogłów i storczyk;

ja, koń rozpędzony,
małom go nie rozgniótł.
A tam, z tamtej strony,
niebo stoi w ogniu;

pożar to sto pociech,
a dzisiaj już szósty,
pędzą urwipołcie
oraz drapichrusty,

kuternogi, igrce,
dziady kalwaryjskie;
leci przez ulice
bardzo dużo iskier.

Zgasło. Ciemno wszędzie.
Nagle zima przyszła.
A ulica pędzi,
ulica, ulica;

ta szeroka w górę,
a ta kręci pięknie
i przemijają króle,
a ulica biegnie;

było słońce z rana,
a tu nów księżyca;
pędzi opętana
ulica, ulica:

przez rynki i place,
prędzej, prędzej, prędzej!
pokrzywione twarze,
podniesione ręce.

Na wiosnę śmierć stuka.
Rybka na Popielec.
A osieł na kółkach
w Palmową Niedzielę.

A tu taka mała
uliczka spadzista.
Lutnia się ozwała.
Zza chmur słońce błyska.

Jesień. Leci liście.
Pobrzękuje struna.
Popatrzcie: Stwosz idzie
i zbliża się ku nam.

VI. Modlitwa mistrza
"Ja nie po to tutaj przyszedłem,
i by z gamratkami gzić się i popić,
ale na ciężki trud. Dźwigam go ledwo.
A ten ołtarzyk to mój podpis.

Co panowie rada uchwalili,
tom wykonał, jak trzeba.
Niebo? Nie mówcie mi o tym, moi mili.
Więcej we mnie ziemi niż nieba.

To dla wielkich panów bankiet w niebie,
a ja nie byłem nierób."
(Gdyby Stwosz dzisiaj żył, toby rzeźbił
monterów i szoferów.)

"Wszystkom w dzieło tchnął. Nic tu nie dodasz.
FINlS CORONAT OPUS. Warsztat zamilkł.
A to nie jest mistyczny ołtarz;
to są ludzie, co chodzą ulicami.
A ja do Norymbergi. Może na mękę.
But dziurawy. I wszy mnie gryzą.
Ale idę. Idę aż pod ten wydęty jak ośli pęcherz
horyzont".

VII. Komentarz prozą
25 lipca, na Jakuba, ołtarz obchodził swoje siódme urodziny. Był rok 1496, dziewiętnasta szczęśliwa, ale ostatnia dżdżysta jesień Stwosza w Krakowie. Już za bramą miejską dopędził go stolarz (Laszlo Władysław), ofiarował mu na drogę woreczek żytniej mąki i pocałował go w rękę. Na drodze było błotno i ciemno.

VIII. Piosenka o Wicie Stwoszu
Gdy go matka rodziła
zimowego wieczora,
nie wiedziała, że synek
będzie z drzewem się porał.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Nie wiedziała, że z domu
pójdzie w dalekie światy
i że drzewo przemieni
w ludzi, ptaki i kwiaty.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

I poszedł syn udały
nocą, w stronę tej gwiazdy.
W drodze tylko migały
rzeki i miejskie baszty.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Nieraz westchnął: - Oj, ciężko,
ale tak już na świecie.
Bylem tylko miał drzewo,
a do drzewa narzędzie!

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Dłutkiem w słoje lipowe
i w mig: z kawałka drąga
I professorowi sowę,
miłującym - gołąbka.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Taki wiatr, mój syneczku,
zbójcy chodzą po drogach.
Oj, nie przechodź tą rzeczką.
woda taka głęboka.

Matko, rękę mi podasz.
Ja teraz rzeźbię ołtarz.

Lampę tak późno świecisz.
może jesteś w biedzie?
Oj, ulicą koń pędzi,
jeszcze mi cię przejedzie.
Matko, matko, mój skarbie,
koniam wyrzeźbił także;

strzemię i Zwiastowanie,
wszystko w złocie się pali
i zamki blankowane,
i owieczki na hali.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

A tu widzisz? tu Maria
i Jan, i gwiazdki małe,
a te szaty wiatr targa,
bo wiatr też wystrugałem.

Synku, w niebie wiatr wielki.
Nie chodź do Norymbergi.

Ale poszedł. Przez deszcze.
z pieśnią gniewną. Jak Dawid.
Polską żył. Co najlepsze,
wszystko Polsce zostawił.

A Krakowowi serce
jak jabłko na jabłoni;
a skonał w Norymberdze;
a nikt nie płakał po nim.

Synku -

IX. Finał
To trud zrodził urodę: wodę, trzcinę i gwiazdę,
sonet i dumę kopuł, mosty i łuk tympanonów,
sonet i dumę kopuł, mosty i łuk tympanonów,
to trudem dłuta obudził w marmurze z Pentelikonu
Fidiasz konie, na fryzie, w procesji panatenajskiej.

Manifest Komunistyczny wiedzę, walkę, odwagę
z treści trudu wydobył, wypalił jak złotą rudę.
I tak się czasy zaczęły. I naszym kieruje trudem
odkrywca rzeki trudu, ten, który spoczął w Highgate.

Śpiewam dni naszych czasów. hale świetlic fabrycznych,
gdzie poezja wybucha przy dźwiękach akordeonów
blaskiem na kontynenty, w horyzont od horyzontu
i śpiewam jaśmin i miłość w miastach socjalistycznych.

Śpiewam lotnisko warszawskie, śpiewam lotnisko krakowskie,
śpiewam lotnisko wrocławskie, śpiewam przestrzeń i słońce,
skrzydła odlatujące, skrzydła przylatujące
z Pragi i Bukaresztu, Tirany, Pekinu i Moskwy.

i bystre oczy lotników, i kształty wszystkich obłoków,
i wiatr, co się nagle zrywa, i znikające drzewa
śpiewam, wznosząc się w górę, w chmury, lecę i śpiewam
ojczyznę moją ludową, młodzież, przyjaźń i pokój
i to w tobie, Gołębioskrzydły, trudowi służą lotniska,
tobie wiersze i węgiel, kantaty i samoloty,
w tobie dzieło Stwoszowskie w obłokach z grzmiącej pozłoty
o schodzi w nasze ulice i dzień nasz zdobi, i błyska.

Śpiewam dzieło snycerza. Niechaj przemówi do was
czułą logiką sztuki, a wiersz niech idzie za wam
jak jesień czerwonolistna potrząsająca chmurami,
jesień morska i górska, basowa i sopranowa.

Oto jest czas podniesiony, oto jest czas urodzaju
na porty i na kominy, i pieśni nasze plebejskie;
patrz: od wioski do wioski kino wędruje wiejskie.
Traktor budulec wiezie. Żołędzie z dębów spadają.

Wiek w popołudnie wstąpił. Od wzgórza blask się rozszerza:
to świeci miasto pokoju harmonią ludzi i maszyn.
Dni dniom pochodnię podają. I kształtujemy dni nasze
jak krajobrazy techniczne, jak drzewo ręka snycerza.

Oto znowu po nocy dzień się przebudził wesoły,
słońce na stół mój wchodzi, dzikie wino na okno.
otwórz okno szeroko, otwórz ramiona szeroko,
popatrz: jabłko dojrzewa. Dziecko idzie do szkoły.

X. Przypisy
Dom na wzgórzu, z oknami dziesięcioma.
W każdym oknie pelargonia nieruchoma.

Dom ceglany w słońcu się rumieni
jakby wielkie jabłko na jesieni.

Pelargonie stoją w równym rzędzie.
Dzikie wino zwiesza się wszędzie.

Powój pachnie. Pszczoły miód biorą.
W górze las. A w dole jezioro.

Wieczór. Świateł na podwórzu skąpo.
Wielki Wóz przesuwa się nad pompą,

za nim gwiazdy, każda ze swą latarnią
i podwórze jest jak planetarium.

A ten obszar napełniony mrokiem,
który widać ze wszystkich okien,

to, co dźwięczy po wszystkich stronach
jakby struna za wysoko nastrojona:
szmery liści, kształt chmur i fale,
i horyzont lecący coraz dalej -

to jest noc czerwcowa w trylach,
w trelach, co obchodzi okna jak kapela.

Leśniczówka Pranie, 1951

10.00 / 1 głosów
Dodano: 30.05.2011Wyświetleń: 4173
Dodajesz komentarz jako: Gość